Jestem zmęczona

Ostatnio moje internety zdominowane są komiksem o wycieńczeniu mentalnym obciążeniem zarządzania rodziną, domem, życiem. Znacie na bank. Niesamowite, że szerują go ludzie z całego świata. Ok ludzie z kultury, która szeruje rzeczy na fejsie. Ludzie kultury zmęczonych kobiet. Trafiłam w tych okolicznościach na tekst, który tłumaczył na język szczegółu i obserwacji komunikat „jestem zmęczona” gdy wypowiadany przez matkę. Był dla mnie dopełnieniem tego komiksu. Oto luźna adaptacja.

Kiedy mówię „jestem zmęczona” mogę mieć na myśli:

– że, spędzam większość czasu codziennie sama zajmując się małymi dziećmi, czasem ta sytuacja kompletnie mnie przygniata

– że, są chwile, kiedy myślę, że nie jestem już w stanie tego robić ani chwili dłużej

– że, nigdy nie sądziłam, że  to wszystko będzie takie trudne

– że, śpię o wiele mniej niż potrzebuję i nie wiem czy kiedyś jeszcze się to zmieni

– że, nie chcę seksu. Nie dlatego, że mnie to nie pociąga, lub że nie kocham mojego partnera. Ale dlatego, że nie jestem w stanie odłączyć mojego zmęczonego umysłu na tyle, żeby dać się ponieść

– że, nie mam mentalnej kondycji wystarczającej żeby prowadzić rozmowy z ludźmi w sklepie, na placu zabaw, na zebraniu w szkole, w poczekalni czy gdziekolwiek indziej, gdzie spotykam ludzi takich jak ja

– że, nie pomaga mi myślenie, że te dni już nie wrócą i że trzeba się nimi cieszyć bo kiedyś do nich zatęsknię

– że, opłakuję moje ciało, energię, osobowość, wolny czas, samotność z czasów zanim zostałam mamą

-że, zastanawiam się czy kiedykolwiek znowu poczuję się sobą, czy ten stan gonienia ostatkiem sił to moja nowa normalność

– że, nie ogarniam tematów, które są odpowiedzialnością dorosłych, a to ja jestem teraz dorosła.

Nie wszystkie na raz, czasem to a czasem drugie. Te myśli przewijają się w fejsowych statusach kobiet, które znam. Widzę je w ich oczach, kiedy się spotykamy. Słyszę je we własnej głowie. Chcę dla nas więcej relacji, więcej bliskości i zaufania, że możemy coś odpuścić, gdzieś odpocząć, że ktoś potrzyma nam dziecko i przez kilka słodkich chwil weźmiemy oddech.

On wie

Ja do Tytunia: papa! Papa! Zrobisz papa? (Tak parę razy)

Bu: Mamo, po co to mówisz? On już to wie, umie. Tylko nie chce teraz pokazywać

*******

Ja do Tytunia: chodź tu do mnie, założę Ci pieluchę! No dawaj, chodź! Chyba Ty nie chcesz pojechać do Truskawki!

Bu (z drugiego końca pokoju): Mamo, nie mów do niego jakby był jakiś inny! Ja mam dużo takich sytuacji jak dorośli tak mówią dziwnie. Po dzieciowemu. On wie, że chcesz mu pieluszkę włożyć. Nie musisz mu tak grozić.

 

Bez dialogu o radości

Ostatnio znajoma trenerka NVC pytała na swoim fejsie po co NVC. Na co ono jest. No to dla mnie po to, żeby mieć z życia więcej radości. Bo w tej filozofii odnajduję odwagę i radość z dzielenia się tym, co we mnie. Znajduję też nadzieję i zaufanie, że to, czym się podzielę może wzbogacić czyjeś życie. Dlatego ten blog. Dlatego ten wpis.

Kilka postów na przestrzeni tych kilku lat było o graniu na kompie, telefonie czy PS. Dużo wokół tego było u nas emocji, rozmów, kontaktów. We mnie dużo potrzeby jasności, odnalezienia swojego stanowiska, odpowiedzialności. Te wszystkie kawałki mówiły czasem na raz. Czasem uzewnętrzniały się jako złość, czasem jako kategoryczny głos formułujący zasady, czasem jako zgorzkniała bezsilność, czasem też radosne zaufanie.

Jakiś czas temu pojawił się temat gry Lego Worlds, która to miała spełnić wszystkie marzenia Bu. Lego Worlds było na tapecie codziennie. Były rozmowy o tym, jak to w LW się chodzi, jeździ, pływa. Było oglądanie tutoriali. Były łzy, że nie mamy , bo LW nie ma na PS3. Wtedy zrobiliśmy rodzinną naradę i postanowiliśmy kupić nowe PlayStation 4. Było grane oporowo w LW. Wszyscy graliśmy. Bu jak tylko oko otworzył to szedł grać.

Piszę o tym, bo dałam sobie wtedy takiego questa: żeby z ciekawością spojrzeć na to całe wydarzenie. Żeby kolejny raz spróbować odczarować temat. Zobaczyłam radość, zobaczyłam zajawkę, entuzjazm, poczucie sprawczości, ogromne poczucie kompetencji i własnej wartości, tonę umiejętności z zakresu nie tylko samej gry, ale bycia w świecie medialnym, dokonywania w nim wyborów i kreowania go.

Przyszło do mnie zaufanie w moc naszej relacji. Takie coś, co sprawia, że kiedy słyszę :Mamo, mogę sobie zagrać? To mówię bez sięgania do głowy, mówię z serca: tak! A kiedy mówię: nie, to też jest z serca, z serca przepełnionego zaufaniem i odwagą. To „nie” dotyczy mnie i moich granic (np. będę pracować w pokoju z PS i potrzebuję być tam sama przez godzinę). Moje dawne „nie” wychodziło z kawałka „boję się Tobie zaufać w tej sprawie”. Nadal czasem się boję, ale działanie z zaufania wciąga. Działanie z zaufania jest jak czekolada, jest jak zakochanie, jest jak uśmiech dziecka.

Co się zmieniło?

Nie wiem czy realnie coś. Nie wiem czy gra mniej, czy więcej. Wiem, że prawie 7 letnie zaufanie zajmuje teraz bardzo dużo miejsca. I bardzo nam to pasuje!

Całowanie i żmije

Oglądaliśmy „Poszkiwaczy zaginionej arki”. Bu jest zachwycony. Nie może iść spać. Prosi o wieczorny spacer. Ubieramy się i wychodzimy po drodze zabierając pochodnię. Chodzimy z płonącą pochodnią i gadamy.

Bu: Trochę się skradamy jak Indiana Jones, co?

Ja: no!

Bu: Trochę był straszny czasem ten film.

Ja: a kiedy był najbardziej straszny?

Bu: Najbradziej przerażające były żmije i pocałunki.

Ja: serio?!

Bu: szczególnie jak tak dłuuugo się całowali (robi minę pełną obrzydzenia i przerażenia)

Ja: hmm. My z Ulubionym też się całujemy

Bu: ale Wy jakoś szybko to robicie

Ja: czasem długo…

Bu: No to przynjamniej tak to załatwiacie, że nie muszę na to patrzeć. To jest okropne jak tak się całują. Nawet nie chcę myśleć jak oni to robią! Ale oprócz tego to Indiana Jones jest super!

JAK KANGURY

Piękny słoneczny dzień.

Bu: Mamo! Rozłożyłem leżak obok garażu dziadka. Tak na słońcu. Jeśli masz ochotę to przyjdź. Będziesz mogła sobie poleżeć. A jak nie masz ochoty, to nie musisz. Drewniany leżak rozłożyłem!

ja: leżak ?! Brzmi ekstra! Przyjdę tam z książką!

Przyszłam z książką (chyba dla ozdoby) .

Bu: usiądź sobie i zamknij oczy! I tak twarz weź do słońca! Oooo tak! Widzisz jak fajnie? I wcale nie jest czarno w oczach, co? Chociaż masz zamknięte to jest pomarańczowo, prawda? To od słońca właśnie! A teraz poliż sobie rękę.

Ja (nagle otrzeźwiona): co??!!

Bu: No tak jak ja. Zobacz!

Ja: ale po co?!

Bu: żebyśmy byli jak kangury. Kangury tak robią. Liżą się dla ochłody. Bo tam gdzie mieszkają jest duuużo słońca i bardzo gorąco i one właśnie tak się ochłodzają.

Miesiączka

Wróciła do mnie akurat w ten ciepły i bardzo słoneczny dzień, kiedy z samego rana umówiliśmy się na park linowy i inne atrakcje w pobliskim Julinku. Po jakimś czasie łażenia z Bu i Tutu w nosidle po zalanym słońcem terenie, mówię do Bu że chętnie posiedziałabym w cieniu i odpoczęła.

Bu: a co Ci jest?

Ja: nic mi nie jest. Mam miesiączkę

Bu: Miesiączkę? A co to?

Ja: nie pamiętasz jak Ci o tym opowiadałam?

Bu: Nie?

Ja: opowiadałam Ci kiedyś, że raz w miesiącu jest taki czas dla kobiety, kiedy w jej macicy, w jej brzuchu może zacząć rozwijać się dziecko. Jeśli tak się nie zdarzy to wszystko co tam było gotowe na przyjęcie dziecka wydostaje się na zewnątrz przez pochwę z krwią. I to…

Bu (zaniepokojony): Co?!

Ja (dokończając z myślą, żeby postawić kropkę w miejscu, w którym kończy się odpowiedź a jego pytanie): I to się nazywa miesiączka. I ja to teraz mam.

Bu: Czyli nie będziesz mieć dzidziusia?!

Ja: no nie.

Bu (z ulgą): bo się bardzo przestraszyłem, że będziesz mieć znowu dzidziusia. Jak to miesiączka, to ok. To chodźmy, żebyś sobie odpoczęła.

 

Mama mówi w swoim języku

Gadam przez telefon z Tatą Bu. Bu jest z Tatą i się przysłuchuje. Gadamy o wakacjach.

Ja: to droga opcja dla mnie w tym roku, nie skorzystam

Tata: to jest super oferta! Blisko plaża, place zabaw

Ja: wyobrażam sobie, że to mega fajne miejsce. Kosztuje za dużo dla mnie

I tak jeszcze ze dwa razy. Ja o tym, że nie mam kasy i nie skorzystam choć słyszę jakie to fajne, a Tata o tym jaka to dobra oferta. Włącza się Bu, który przysłuchuje się rozmowie.

Bu: Tato, ja słyszę że mama mówi w swoim języku, że nie chce tam pojechać.

No właśnie.

 

 

Chodzi o to, jak to mówisz

Ja: Bu!!!! Chodź na śniadanie!!!

Bu z góry: Jeszcze sekundeeee!!!!

(moja ulubiona odpowiedź, którą często najpierw słyszę jako: mam Cię gdzieeeeeś!!!! , a dopiero potem jako: robię coś ważneeeego! Wybieram swooojeeeee!!!!)

Ja za sekundę: Chodź już!

Bu schodzi wkurzony.

Bu: właśnie odkryłem nowy pojazd! A Ty mi nie dajesz nim pojeździć!

Ja: Nowy pojazd? Wow! Nie wiedziałam tu z dołu, że masz nowy pojazd.

Bu:No właśnie! Mi się nie podobało, że mnie tak wołasz!

Ja: wolałbyś, żeby inaczej to załatwić?

Bu: No tak! Chodzi o to jak mówisz! Krzyczysz i krzyczysz!

Ja: a jakbym poszła na górę i powiedziała Ci: Słuchaj Bu, przygotowałam śniadanie i mam ochotę zjeść je w Twoim towarzystwie! Jak to brzmi?

Bu: Tak jak lubię!

Chcę z Tobą być

Bu (po 2 godzinach oglądania tutoriali do gry lego worlds, podczas posiłku, ktòry bardzo chciałabym nazwać śniadaniem, chociaż drugim śniadaniem): to ja idę zagrać!

Ja: ale … może byśmy coś razem porobili (to brzmi smutno, bo idzie z takiego miejsca żalu i złości, z takiego miejsca, że on ma inaczej niż ja, a ja bym chciała żeby miał chociaż podobnie i żeby mi było łatwiej, To miejsce to taki dołek we mnie, ktòry sobie kopię kiedy tracę kontakt ze sobą, kiedy w siebie inwestuję zbyt mało w stosunku do tego, co potrzebne)?

Bu: Przecież mòwiłaś, że chcesz zjeść a potem sobie pogram!

Ja: (zamotana w empatii dla siebie, dla niego): to idź pograć.

Bu: tego nie lubię! jak tak mòwisz! Jak nie wiesz co powiedzieć i w końcu mówisz, żebym sobie grał czy coś! Ja tak nie chcę!

Ja: Nie wiesz  co się u mnie dzieje wtedy co?

Bu: Ja chcę z Tobą być! Ja chcę się bawić! Z Tobą!

Ja: Dobra, konkretna propozycja. Gramy w baseball?

Bu: tak!